wtorek, 20 sierpnia 2013

Tu tytułu nie ma

Nigdy, przenigdy nie będę miała dziecka, nie będę przez 9 miesięcy ciąży zastanawiać się, czy będzie w pełni sprawne i zdrowe, czy też czeka mnie do końca życia piekiełko. Gdybym jakimś cudem/nieszczęściem dziecko jednak miała i byłoby ono niepełnosprawne, oddałabym je do ośrodka. Wcześniej - w każdej chwili - przeprowadziła operacyjną aborcję. Chuj wam w dupę, panowie i panie politycy, chuj wam w dupę panowie i panie katolicy, chuj wam wszystkim w dupę. Przeżyjcie kilkadziesiąt lat sami, będąc w pełni odpowiedzialni za chorą osobę, dwadzieścia cztery godziny na dobę, non stop. Przeżyjcie za 670 złotych miesiecznie i nie skarżcie się, dajcie radę.
Wszystkich, którzy pchają się na stołki decyzyjne powinno się najpierw wysyłać na obowiązkowe pięcioletnie szkolenie z trudnych przypadków życiowych, żeby wiedzieli, o czym w ogóle oni mówią. O czym decydują.

poniedziałek, 20 maja 2013

Moja ciotka pisze bloga...

... i wiersze. I co gorsza, wydaje to wszystko, organizuje wieczory autorskie i spędy "ku twórczości". Spamuje całą Warszawę, nęka całą rodzinę, umieszcza i oznacza ich na zdjęciach i wrzuca ten cały bełkot do internetu. Jezu, Jezu i wszyscy święci!!!
To jest tak okropne, że nawet nie wiem, jak to opisać. Słaba jestem w porównaniach (prócz tych pijacko - literackich oczywiście). Próbowaliśmy z przyjaciółmi przeczytać kilka tych wierszy, siedząc bezpiecznie w Krakowie, tj. w odpowiedniej odległości od Warszawy i tych wszystkich, ach, atrakcji! Moja matka, ubrana w różówożarówiasty żakiet i sukienkę w pepitkę z Maxmary robiła mądre miny do obiektywu i udawała osobę wzruszoną (nieprawda, jest ekonomistą i mówi biegle po niemiecku, nie ma prawa wzruszać jej słowo pisane). Siostra mojej matki numer dwa, ubrana w coś brązowego i błyszczącego, umalowana niebieskim cieniem i strasząca paznokciami pt. żel na własną płytkę, czytała te wiersze ich wspólnej trzeciej siostry, mając minę poważną i yyy, wczutą taką. Wiersze traktują o Panu Bogu, Janie Pawle II, uciętym cycku (z przymusu, a nie fanaberii, jak u Angeliny, choć nie mnie oceniać, bo ja się raka tak boję, że aż wierzę, iż go wszędzie mam), nawiązują też do pachnącej maciejki, podróży tramwajem i pól wiosennych słońcem ociekających. Oraz że najlepsze chianti jest w takiej knajpie w Neapolu. Że niby podróżniczka taka.

Dlaczego, dlaczego?! Dlaczego nikt jej nie powie, że robi z siebie pośmiewisko i nie jest i nigdy nie będzie sztandarową Wisławą Szymborską? Dlaczego nie zrozumie, że ucięty cycek nie jest powodem do wkraczania w fazę pt. "teraz wszystko mi wolno"? Dlaczego?! Oczywiście, powiedziałam jej to ja, ale jestem niepełnosprawna jako czarna owca i ta, którą się pogardza i nie ma co z nią rozmawiać, bo nie wzięła ślubu kościelnego i nie przyjeżdża na komunie kuzynów. Za karę dostałam tomik z dedykacją, yyy, ponoć, oraz obietnicę, że jak już będzie ogromną poetką (ona w to wierzy, wierzy!), to dostanę prawa autorskie na Kraków. Hahaha.
Rodzina cudowna rzecz, tak potrafią rozbawić.

Poza tym zaczął się Miesiąc Fotografii (nie byłam) oraz Juvenia weszła do finału (byłam, ale nie widziałam, bo pochrzanił mi się Kraków z Pruszczem Gdańskim). I obejrzałam zdjęcia z ostatniego weekendu w Budapeszcie, po których mogę jednoznacznie stwierdzić, że jestem już stara, gruba i niestety, coraz brzydsza. I to tak na serio. Ryra mnie to.

wtorek, 19 marca 2013

Geje walczą tylko z miłości

Braty z Wyboru, który na szczęście wrócił na stałe z miasta ojczyzny diabła czyli warszawy (pisałam? czy ja o tym pisałam?), zaczął w wieku lat czterdziestu stawiać pierwsze kroki w tak zwanym szołbizie, dochodząc do wniosku, że wygląda na tyle dobrze, iż to się sprawdzi. Z racji swego wykształcenia i wielkiej głowy psychoterapeutycznej został ekspertem w słynnym programie tefałenowskim, gdzie zapraszane są osoby z problemami. U Pani Ewy, na dywaniku.
Najnowszy odcinek jest o gejach, którzy się tłuką. Fizycznie, znaczy. Padłam. Tak się chłopaki tłuką, że wszyscy mają kłopoty z uzębieniem i nie, nie jest to jego brak, tylko czarność, marność i próchnica. Zastanawiające. A swoją drogą, nasza telewizja komercyjna mogłaby popracować nad estetyką zapraszanych przypadków, bo w całym programie można było patrzeć z ukontentowaniem jedynie na panią prowadzącą no i oczywiście Brata z Wyboru (świetna marynarka, prócz wrodzonej urody i wdzięku, o stary..!!!).
Dobrze, to teraz zbiorę się w sobie i porzucając kwestie gejowskie, skądinąd znajome i obeznane, przynajmniej ze słyszenia, oddam się tematyce, o której nie mam żadnego pojęcia, mianowicie kupowania w ikei zabawek dla dziecka, które powiła Eve w ramach związku z Piwnym. Ciocia idzie na wojnę, prosto w regały pełne różowości, pluszowości, o Jahwe, o Jahwe!

wtorek, 12 marca 2013

Uhuhuhu, stary druhu, tudzież druhinio raczej!

Fredro, która jak wiadomo, ma tendencję do obrzucania mnie nagłymi i zapierającymi dech w piersiach wiadomościami, się zamążpuszcza. Co prawda oświadczyła to już jakiś czas temu, dokonując przedstawienia 10 lat młodszego narzeczonego (li i jedynie), który ze względu na swój wiek najbardziej przypomina mi moją młodszą siostrę, kończącą trzeci rok studiów ale i tak zakorzenioną w mojej głowie jako osoba, której należy zmieniać pieluchy. Przebrnęłyśmy przez kwestię rodziców, pierścionka, ba, nawet obrączek, za to utknęło na imprezie i temacie wódeczki. Wszystko pięknie ładnie, jest jeszcze pól roku i nie byłybyśmy sobą, gdybyśmy się takimi sprawami przejmowały w nadmiarze, ale jednak pierwsze zamążpuszczenie się (no skoro już), do czegoś zobowiązuje! Temat jest lotny, ba, chwiejny jako wiatr porywisty i równie porywiście wyciąga i rozwiewa pieniądze nagromadzone w kieszeni spodni, takiej kieszeni niewielkiej stosunkowo.
Oczywiście przypomina mi się mój własny ślub, ślub o wydźwięku tak świeckim i cywilnym jak tylko się dało, ślub, rzekłabym, hitowy hitem przez łzy, jako że i nawiedzona pani urzędnik była, i zalana betonem kanalizacja w knajpie cioteczki, i szampan za grube tysiące, nieplanowany i tak jakoś rozlany sam z siebie, kłótnie z familią, w szczególności słynną Ciotką Ireną Wcieleniem Wielebności Bezpierśniej, do której nienawiść moja trwa i trwa, choć nie pamiętam już za bardzo, o co mi od początku chodziło, jako że nadrabia to udatnie w trakcie. Było też samobójstwo i pogrzeb trzy dni przed ślubem, były rzeczy i sprawy, o których nie chce się pisać, tragiczne, komiczne, drastyczne jak tylko można sobie wymyślić. I co? I nic. I się udało. Co prawda po półtora roku pożycia zaobrączkowanego nadal nie mogę zrozumieć sensu tej instytucji, ale cieszy fakt, że małżonek szanowny również i choć przez pierwsze miesiące żarliśmy się jak bure koty, udało nam się w końcu wypracować pewien system wzajemnej adoracji połączony z umiejętnym schodzeniem sobie z drogi, gdy nadchodzi taka potrzeba, co przy czterdziestu metrach kwadratowych powierzchni mieszkalnej plus osiemdziesiąt metrów niezagospodarowanego tarasu, jest umiejętnością wysoce przydatną i nieocenioną.
Ale do rzeczy. Będę druhinią. Będę miała złote szpilki z zary i fajną kieckę. Nie tak fajną, jak to było dwa rozmiary temu ale i tak zajebistą. I będzie mi widać oczywiście tatuaże i będę łysa na pół głowy, najwyżej że znajdę jakiś kapelutek a'la dama z Ascot, dana ze zdechłą wiewióreczką. I będę stała za Fredro i będę zaciskać kolanka, żeby się nie posikać ze śmiechu, no bo jak to tak? My dwie, te wiecznie młode, rozczochrane i wżerające kapustę kiszoną z woreczka po lekcjach w szkole podstawowej (jako źródło środka psychoaktywnego, a nie witamin), my, takie wiecznie "nie wiem i chcę, ale boję się, ale co tam", jako mężatki i  ogóle pełna powaga? Mam tylko głęboką nadzieję, że nigdy, przenigdy nie rzuci nam się na mózg i nie wybierzemy deski do prasowania zamiast winka czerwonego na dachu.
Odgrzebując korespondencję mailową, o której gadałyśmy dziś w ramach hihi haha, ślub, o rany, przeczytałam sobie też maile a propos el novio viejo, jako że wczoraj znowu się chwilowo uaktywnił. I napiszę sobie ku pamięci, że niestety, niestety, ślub nie jest lekarstwem na wszystkie bolączki serca i ciała, a co się zapieprzyło to się samo magicznie nie odpieprzy i jeśli ktoś zalazł za skórę to prawdopodobnie będzie tam siedział przez całe życie, choć to nie znaczy, że coś się z tym faktem zrobi. I nie jest to choroba, jeno - takie przypomniane bolenie - pieczenie, co to powstaje i się odnawia, jak ktoś dotknie niechcący blizny zarośniętej taką cieniutką skórą.
I tyle, i koniec. Nie będzie na szczęście żadnej kontynuacji tego tematu.

czwartek, 18 października 2012

Miasto do życia się nie nadaje wcale

W mieście jest brzydko, jest szybko i za dużo psycholi upośledzonych w ten taki nieprzyjemny sposób.
Chcę bardzo za górę, za rzekę, za siedem jezior, kawałek mieć lasu, kawałek pola i dobrze wysuszone drewno na chałupę. Spokój, zajęcia, które mają sens.

W mieście Kraków otwierają się nowe wystawy i powstają nowe knajpy, koledzy leją nowe napitki w nowym gronie, a ja mam dość dość dość. Brakuje sensu w czymkolwiek, bo przecież to nie może być tak, że człowiek żyje w sposób nie pozwalający mu regularnie pobrudzić rąk, zatrzymać się, pomyśleć i zawrócić w razie czego, powiedzieć: "to nie to, to nie tak, to nie Ci ludzie", mieć prawo do błędu i nie musieć gonić za wszystkim po kolei. A tu dupa, kredyt hipoteczny i fochy fochy, jak się odwrócisz na chwilę i spróbujesz pójść swoją drogą. Kurwa, a może ja jestem za mało odważna po prostu.

Wszystko nie tak. Tyle dobrze, że przyjedzie niedługo Łoles i ona zrozumie.

piątek, 28 września 2012

Znowu przyszła jesień, który to już raz..?

Taaa, który to już raz. I znowu zaczyna się jazda - że źle, że niedobrze, nudno, przewidywalnie, że chce się rozrabiać, miewać romanse, pić za dużo wina i chodzić tymi brudniejszymi ścieżkami. Uch, byłam przekonana, że to już się skończyło, a tu nie, niespodzianka, kolejny rok to samo i nic nie pomaga na jesienną grandę. Nie na darmo mówił Kris, jak lat mieliśmy coś kole trzynastu, że powinnam sobie przenieść urodziny z kwietnia na październik, bo na panią wiosnę to ja raczej nie rokuję.
Oglądam od kilku dni Homeland i zabijają mnie sceny, które są powtórką z mojej prywatnej rozrywki. Zastanawiam się, czy gdybym mogła cofnąć czas popełniłabym te same błędy, po czasie tak tragiczne w skutkach? I niestety, niestety, ale wychodzi na to, że chyba znów nadziałabym się na to samo, dla samej przyjemności robienia tych wszystkich zakazanych głupot, które przeżyłam, oczywiście mając więcej szczęścia niż rozumu.
Gotuje mi się krew, jak uświadamiam sobie w pełni, codziennie od nowa, że jestem ŻONĄ. Jezus Maria wszyscy święci, jak to się stało?! No jak? Kocham bardzo mojego partnera, ale słowo żona uwiera mnie w dupę coraz bardziej. To chyba nie tak miało być - po co komu papiereczki, skoro całość polega na codziennym staraniu się o siebie, a nie trzask prask i klepnięte. Człowiek popada w lenistwo, zaczyna niedomagać uczuciowo, nie robi żadnych szalonych rzeczy, a przede wszystkim - nie może romansować. A ja bym się chętnie wdała w romans z moim małżonkiem, tylko tyle, że już się nie da. Bo jest małżonkiem, jasna cholera psiakrew.Moja biedna głowa przestaje to ogarniać. Całość - miasto, porządeczki rachuneczki, obiady niedzielne i że nie można na wino o północy w tygodniu, bo rano trzeba wstać do pracy. O kurwa, o kurwa. Naturalne życie człowieka to raczej nie jest. Jakiś las, głusza, trochę dzikawo, chałupa drewniana i więcej prostoty obyczajów mi się marzy. Tak, żeby nie kombinować, tylko robić swoje, starać się, nie lawirować wśród wszystkich tych "muszę, powinnam, wypada, nie wolno" itepe, itede. Robić wszystko jak najlepiej dla samego siebie, po prostu, bo tylko to jest obowiązkiem ludzkim.
I jeszcze - wywiad z Peszek w najnowszej gazecinie, a tam, pod szyldem skandalu, sama prawda prosto powiedziana.

Jak sobie urządzić romans z własnym mężem? Mogłabym z kim innym, moralność mam skutą nieźle, ale to ponoć innych boli, więc nie będę.

środa, 27 czerwca 2012


Lody ze Starowiślnej są dobrym chwilowym lekiem na większość przypadków dnia codziennego, w tym również zamęt i pranie brudów w robocie, kłótnie i niedostatki pożycia małżeńskiego oraz odebranie radosnej informacji od mamusi, że mimo danych solennie obietnic i tak kupiła mieszkanie w stanie deweloperskim.
Nie będę się niczym denerwować, bo po trzydziestce to już naprawdę niedobrze robi na cerę, a ja niestety mam jak zwykle niejasną sytuację pieniężną i muszę przyhamować z mikrodermabrazją i oszczędzaniem na przyszłościowy botoks, chociaż pani od paznokci opowiadała mi ostatnio, że znów nastała moda na złote nici w ryju. O Jahwe, ratuj.

-----------------------------------------

Poza tym mimo starannego i cyklicznego przyjmowania likarstwa w mojej głowie średnio się poprawia, nie mam jakiegoś wyśmienitego nastroju, a co sobie poradzę z jakimś problemem, to jego miejsce natychmiast zajmuje kolejny. Wiem, że jęczyduszostwo moje jest przypadłością przewlekłą, niedobrą, a na dodatek typowo polską i powinnam walnąć się w łeb, wyprostować plecki i ruszyć do boju, ale tak jakby nie mam ani przekonania, ani energii. Średnio ze wsparciem jakimkolwiek, tak poza tym. No co zrobię, ludzie nie rozumieją depresji, przy czym ja też jako ta durna robię zawsze dobrą minę do złej gry i wyczyniam jakieś głupoty, zamiast powiedzieć wszystkim przyjaciołom i bliższym kolegom: słuchajcie kochani, jest pięknie ładnie, ale ja już nie mam siły i proszę, nie zamęczajcie mnie swoimi historiami, bo bardzo gówno mnie one teraz obchodzą, no niestety niestety. I to nie dlatego, że jestem zła i niedobra i nieczuła i suka w ogólności, tylko sobie po prostu średnio ostatnio radzę sama z sobą, a likarstwo nie działa jakoś wybitnie. I nie wiem, no nie wiem, jak i co dalej będzie, cholera żesz jasna psiakrew.