piątek, 11 marca 2011

Millennium.

Sratata, dostałam urlop na poniedziałek (taaaa, wielkie mi wydarzenie) i jadę do Jaworzna łobuzować. Z teściową, żeby nie było. Jest tam taki miły feszynhaus i jeżeli nastąpi dziwna zbieżność dobrych okoliczności w przyrodzie i dziś transzą o piętnastej przyjdzie mi zaległa pensja, to się obkupię we wszystkie fatałaszki, jakie wlezą na mój obfity tyłek. Cudownie.
Hm. A jak mi nie przyjdą pieniądze to się wkurwię, zaprawdę.

-------------------------------------------------

Z innej bajki - wczoraj po raz pierwszy od iks czasu wyszłam po pracy NA PIWO Z KOLEŻANKĄ. Na piwo. Z koleżanką. Co prawda zaczęło się od piwa z kolegą, ale liczy się, jak to wyglądało finalnie. Już zapomniałam ile radości może sprawić pojęczenie na cały świat, płeć męską, oplotkowanie wszelakich niusów w towarzystwie i kroju tych fajowych spodni z zaruni, w które, choćbym nie wiem jak wciągała brzuch i tak za cholerę nie wejdę. Takich przyjemności to nawet najlepszy narzeczony pod słońcem nie jest w stanie mi zapewnić, więc dzielnie znoszę dzisiejszy uporczywy ból głowy, lekkie nieskoordynowanie ruchów i oddech smoka. Raz na czas taki stan jest li i jedynie ucieszny.
A jak idzie weekend, to obejrzyjcie Millennium. Wszystkie trzy części po kolei. Trzeba sobie zarezerwować na ten cel dziewięć godzin i spory zapas podpórek do opadającej z zachwytu szczęki. Zakochałam się na amen.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Oj tam.

A jednak coś napiszę, bo powiększyła nam się rodzina.
Czarna kotka Zośka siedzi za kanapą i się telepie ze stresu. Nie je i nie pije, nie korzysta z kuwety, nic. Daje się pogłaskać Sowie, który stosuje wobec niej wszelkie zabiegi i wybiegi wytrawnego kociarza. Finalnie wczoraj miziali się w brodziku prysznicowym, co jakoś rokuje. Bardzo mi jej żal i bardzo się o nią martwię, ale ponoć przesadzam, bo teraz już będzie miała z górki.
Wspominając miejsce, z jakiego do nas trafiła - wcale się nie dziwię. Zośka została znaleziona na gumtree jako półroczny kociak mieszkający w domu tymczasowym. Miała być zdrowa, zaszczepiona i przejawiać zachowania "czarnej iskierki, której wszędzie pełno". Tymczasem... dom, z którego Zośka została przez nas wczoraj zabrana, okazał się być 30-metrową jaskinią chorego psychicznie babsztyla, żyjącego na tej przestrzeni w niewyobrażalnym syfie i smrodzie z 17-stoma kotami i psem staruszkiem. Wrażeń z pobytu w tym miejscu nie da się opisać w żaden znany mi sposób, po prostu brak słów. Zośka została wyłowiona spod łóżka po ponad godzinnych zabiegach - po przyjeździe do domu natychmiast czmychnęła pod kanapę. Po kilku godzinach pozwoliła się delikatnie pogłaskać, później wyszła na spacer, zaliczyła dłuższy pobyt w szufladzie z pościelą, podrapała Sowę, wlazła do brodzika i wyraziła zgodę na lekkie mizianie. Po czym znów zwiała do najczarniejszego kąta i z tego, co wiem, siedzi tam do tej pory. Jest czarnym kłębuszkiem nerwów i telepki. Kochana.
Zabiłabym tą staruchę gołymi rękoma.

I tyle. Jak będzie dalej - zobaczymy. Póki co trzeba popracować nad nią na tyle, żeby jakimś cudem przetransportować ją do weterynarza.

Poza tym, drogi pamiętniczku, nastąpiły zmiany w towarzystwie. (Napisałam w tym miejscu trzy wersje tekstu i wszystkie skasowałam, chyba nie chcę tego wywlekać, albo nie umiem ubrać w słowa własnym odczuć. W ramach próby - można to nazwać "przyzwyczajaniem się").

poniedziałek, 15 listopada 2010

Nie wiem, co mam napisać. Ten blog już chyba nie ma racji bytu.
A ja - trafiłam do domu. Na swoje jedyne, wyczekane miejsce.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Puk puk, kto tam?

Choroba psychiczna.

Ponoć jestem nienormalna.
Normalne jest: bycie szczotką do wszystkiego, zgadzanie się nawet na to, co mi nie odpowiada, tylko po to, żeby kochanej osobie zrobić dobrze, staranie się, pędzenie na złamanie karku z pracy, żeby ugotować obiad, wstawanie z łóżka rano pół godziny przed czasem, aby zdążyć z wyprasowaniem mu koszuli kosztem swojego snu, znoszenie dziwnych nastrojów, braku czułości, patrzenie na to, jak w każdy weekend flirtuje z laskami, udawanie, że śmieszy mnie, kiedy chodzi oglądać gołe baby, znoszenie wszystkich dziwnych panien w towarzystwie, które przeleciał lub ma ochotę przelecieć, wybaczenie, że nie przyznał się do paskudnego choróbska, które mogło być też moim udziałem, proszenie pięć razy o pomocne ramię w dzień, który powinien być świętem Ojca, a jest niestety tym drugim, nie słyszenie od tygodni żadnych ciepłych słów, brak zainteresowania jakimkolwiek moim problemem (już nawet o nich nie mówię), wieczne przystosowywanie się, staranie o to, żeby we własnym domu płakać po cichu, bo przecież to go wkurza, milcząca akceptacja tego, że nigdy, ale to nigdy nie będzie mnie kochał choć w połowie tak, jak ludzie powinni się kochać, świadomość trzydziestki na karku i tkwienie przy kimś, kto nigdy nie będzie chciał ze mną stworzyć absolutnie żadnej rodziny. Dostawanie kwiatów raz na rok. Tylko raz, w sumie. Brak pewności, wieczny brak pewności, żadnego oparcia, żadnej skały pieprzonej, nic.

Nienormalne jest: oczekiwanie wparcia, opieki i wzajemnego zaufania, otworzenie przed kimś, kto jest ponoć najbliższy całego swojego serca, miłość, zaufanie, szacunek i sprzężenie zwrotne tych uczuć, spędzanie ze sobą czasu inaczej niż leżąc na kanapie i gapiąc się w sufit lub pijąc piwo z jego przyjaciółmi, którym w stopniu ważności nie dorastam nawet do pięt.

Jest pierwszy listopada dwa tysiące dziesiątego roku. Jestem tak kurewsko sama, że przestaję to ogarniać. Człowiek, który nie powinien się w ogóle mną przejmować, powstrzymał mnie wczoraj przed jakimś totalnie durnym krokiem, po którym płakałaby tylko moja madre. Będę mu wdzięczna do końca życia, a z reszty muszę się leczyć. I nie, nie z tego, co usłyszałam. To ja jestem normalna, bo wiem, jak wygląda szczęśliwa relacja międzyludzka. Że trzeba dawać, dawać, dawać i starać się każdego dnia. I wiele można znieść, kiedy się kogoś bardzo kocha, ale w pewnym momencie coś w środku pęka i kiedy nie dostanie się wsparcia, to człowiek przestaje istnieć.

piątek, 29 października 2010

Mam nowego narzeczonego.

Zwie się Sowa i posiada ciekawe umiejętności - głównie wokalne, bo o innych nie wiem. To mnie stanowczo satysfakcjonuje. Tym samym grupa moich narzeczonych zawiera już cztery postacie - Evana z Biohazard namber bardzo łan, Wojciecha W. znanego wszem i wobec, pana L.U.C. co robi biribabambambam swym jakże ruchliwym narządem mowy oraz, finalnie, pana Sowę z Head Up High, który robi mi dobrze na duszę i ciało. Szczególnie po dwóch dniach pobytu w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego, gdziem ciężko i wyczerpująco pracowała. Tragedia.
Muszę tu opisać pewną historię - ku przestrodze, ku pamięci i ku wiecznej pielęgnacji własnych racji i przekonań. Otóż we wspomnianym sanktuarium odbywała się prezentacja projektów wolontaryjnych tworzonych przez młodzież z małopolskich szkół. Był to konkurs, o dziwo, co samo w sobie jest już sprzeczne z ideą wolontariatu, no, ale nie czepiajmy się. Jedną z prezentujących się grup stanowiły dziewczęta z katolickiego liceum w podkrakowskiej miejscowości. Wyszły na scenę w czepeczkach białych, lnianych i niewinnych ogłaszając, że tragedią dzisiejszych czasów jest fakt, iż wszystkie panienki znają co prawda twierdzenia matematyczne, ale niewiele z nich umie haftować. W związku z czym one uprawiają wolontariat polegający na modlitwie przeciw aborcji oraz jeżdżą do Domu Samotnej Matki z przedstawieniem pt. Głupi Jasio oraz własnoręcznie wyhaftowanymi łobrazeckami dla mieszkających tam maluchów.
O ja pierdolę. Ciężko uwierzyć. Daję sobie prawą rękę uciąć, że za pięć lat jakieś dwadzieścia procent tych biednych dziewczynek zamieszka w owym domu dla samotnych mam, z wielkimi brzuchami, ze starymi, ale nadal nierozumiejącymi oczami w młodziutkich twarzyczkach, z wiecznym zdziwieniem, czemu ich cudowni, ultrakatoliccy rodzice wyrzucili je z domu. Ale w sumie nie ma się czym przejmować, bo ktoś im na pewno wyhaftuje łobrazecek.

czwartek, 21 października 2010

Basta! Uczyli mnie odwagi, a ja co?

Oglądam zdjęcia kolegów z dawnej drużyny i rozczulam się jako mała mróweczka, serio. Takie dzieci patykowate były, choć mieliśmy wtedy po dwadzieścia parę lat. A teraz? Chłopy, jako się zowie. Byki. Wojownicy. Poszyte głowy, szczere, uśmiechnięte oczy, chochliki w nich. Przytuleni bez skrępowania do swych kobiet, którym oddali w ręce, z pełnym zaufaniem, własny los. Dzieci. Psy. Piłka cały czas w grze. Zdjęcia z meczów, z podróży, z imprez rugbowych. Cudowne.

Patrzę na ich szczęśliwe twarze i coś ściska mnie w gardle. Z radości, ale też zazdrości trochę. Prezes powiedział ostatnio, z wszystkowiedzącym wyrazem twarzy: co, zagrałabyś jeszcze, nie..? No jasne. I zagram, już na wiosnę.
------------------------------------------------------
Co się cholera, tak w ogóle podziało? Przecież prawie nic nie jest na miejscu! Przestaje mi się zgadzać. Robię w życiu jakieś koszmarnie dziwne rzeczy, które mnie kompletnie nie interesują, znoszę sprawy, które sprawiają mi przykrość i ból, godzę się na ustalenia, które ani trochę mi nie odpowiadają. To bzdura jakaś totalna jest. Trzeba się przełamać i dać sobie spokój z takimi sprzecznościami, bo nic dobrego nie wyjdzie z przymusu i podwijania ogona pod siebie. Wystarczy, basta!

piątek, 15 października 2010

Jesień. Coroczna jazda.

Nie będę łobuzować. Nie będę broić. Nie będę nie będę nie będę.
Będę grzeczna i łagodna niczym owca becząca, będę gotować obiadki i prasować szmatki, ograniczać wypowiadanie swojego zdania i jeszcze do tego nakręcę sobie loczki na papiloty. Taka pieprzona żona ze Stepford.
Sratatata, pocałujcie wy mnie wszyscy. Nie da się zrobić baranka bożego z plującej ogniem bestii piekielnej, że się pokuszę o takie porównanie. Nie da się nic a nic, choć bestia czasem bywa kochana i miła, lubi przytulać się pod kocykiem i spędzać wieczory na piciu herbaty i głaskaniu kotków. Do czasu.
Granica pomiędzy własnym milstwem a niemilstwem jest nieokreślona. Delikatność ściera się z drapieżnością i szaleństwem. Lecą głowy. Bałaganią się myśli.
Wiem, w którą stronę pójdę. Serce mi powiedziało rok temu. Fajnie by tylko było, żeby zdarzyła się ta akceptacja moich jazd i specyfiki potrzeb. I wtedy już wszystko będzie naprawdę okej.

-----------------------------------------------------------

Spotkałam brata - bliźniaka i świat stał się przyjaźniejszym miejscem. Ja mówię pierwszą część zdania, on drugą. Wiem, co ma w laptopie, przed zajrzeniem do niego. Wiem, co powie, zanim otworzy usta. Wiem, że zadzwoni za chwilę i biorę do ręki telefon. Niesamowite jest to, że ta relacja będzie na zawsze. Chciałabym, żeby polubił moje wybory. Sama chciałabym polubić jego. W tym się ścieramy.